Zabrakło mi łez...
Nie miał, jeszcze 13 lat, kiedy pod naciskiem matki zgłosił się do armii Chomeiniego jako Wojownik Boży. Z tysiącami innych dzieci żołnierzy przepędzono Rezę Behrouzi przez pola minowe Cuzestanu, aby oczyścić drogę dla irańskich wojsk. Przeżył cała gehennę pustynnej wojny. Opowiedział o perfidnych metodach, przy pomocy, których zmuszano żołnierzy do złożenia ofiary z własnego życia. Zanim dostał się do irackiej niewoli, jego ciało przeszyły odłamki granatu i kule.
"Wstydzę się za ciebie bękarcie!" Nawet tutaj, setki kilometrów od domu na głębokim południu kraju, prześladują mnie obelgi mojej matki. Każdorazowo jej krzyk mroził mi krew w żyłach. Minęło już w trzy tygodnie, kiedy ją opuściłem, ale wydaje mi się stale, że słyszę jej głos.
Moja matka osiągnęła to, co chciała. Nie pozostało mi nic innego, niż respektować jej decyzje. Nie chciałem się wykręcać, ale naprawdę bałem się wojny. Mimo to stawiłem się, niezbyt chętnie, ale z miną pełną zdecydowania.
Teraz nie było już odwrotu: musiałem spoglądać prosto w twarz wrogowi, niebezpieczeństwu, śmierci i kiedy to czyniłem myślałem o mojej matce. Czy ona także o mnie myślała? Ach, mówiłem sobie, gdyby mogła mnie zobaczyć, może pokochałaby mnie ponownie?!
Modliłem się zawsze, ale od chwili przybycia do Dezful gdzie na własne oczy zobaczyłem wszystkie okropności tej wojny modliłem się jeszcze bardziej, niż zwykłem to czynić dotychczas; modliłem się w chwilach, kiedy wszyscy moi koledzy spali w wagonach i ciężarówkach, podczas zajęć szkoleniowych i manewrów, kiedy miałem przypięty plecak i w rękach zamiast karabinu i ręcznego granatu trzymałem kij i duży kamień.
Dzień wcześniej otrzymaliśmy wyposażenie bojowe, materiał opatrunkowy, manierkę z syropem, granat, który jak okazało się później był atrapą oraz werset z Koranu, który mieliśmy sobie przypiąć na piersi. Przez dwa dni wbijano nam do głowy oficjalne, bardziej szczegółowe instrukcje: "Maszerujcie równym krokiem w dwumetrowych odstępach. Jeśli wasz kolega upadnie zostawcie go: nie zatrzymujcie się pod żadnym pozorem. Inni odtransportują rannych. Nigdy nie zatrzymujcie się, to bardzo ważne. Posuwajcie się zawsze do przodu, utrzymując równy szereg z waszymi sąsiadami z prawa i lewa. Nie wolno ich nigdy wyprzedzać..."
Tak poinstruowani maszerowaliśmy już dwa dni pod prażącym słońcem. Od początku wszystko układało się źle. Stale grzmiały jakieś rozkazy, a niezdyscyplinowani byli raz po raz bici. Wszelako szeregi posuwały się wciąż naprzód, robiąc jedynie postoje na modlitwę i jedzenie.
Po porannej modlitwie otrzymaliśmy po czarce gorącej herbaty i po kawałku chleba.
Z kolei pojawiło się niewiadomo skąd około tuzina mułłów, by udzielić nam błogosławieństwa. Zaraz potem posypały się rozkazy. Nadeszła godzina X i wiedziałem już, że wielu moich kolegów, których nawet dobrze nie znałem, nie przeżyje dzisiejszego wieczoru. Czy zastanawiali się nad tym? Nie sądzę.
Powietrze było lodowate, drżałem z zimna, kiedy ustawiałem się w szeregu.
Z prawej strony usłyszałem głos pełen skargi: "Jest mi tak zimno...A tobie?" Spojrzałem w bok i dostrzegłem chłopca, którego nie znałem. "Mnie też", odparłem i uśmiechnąłem się lękliwie. On z kolei ponowił próbę nawiązania kontaktu "Jak się nazywasz"- "nazywam się Reza a Ty?"- "Mam na imię Massud i pochodzę z Hamadanu".
Poprzedniego dnia widziałem go krótko, dwa lub trzy razy, ale nigdy z nim nie rozmawiałem. Początkowo zresztą nikt nie rozmawiał z nikim. Mieliśmy tak wiele do roboty! Musieliśmy dużo wkuwać, uczyć się, że było w ogóle niemożliwe mówić o czymkolwiek innym, niż o wojsku, wojnie, modlitwie i Bogu. Wydał mi się sympatyczny. Musiał być ode mnie starszy o rok lub dwa, ale ujął mnie od razu swą bladą twarzą, z której wyzierały duże czarne oczy. Był chudy i wyrośnięty, miał kręcone włosy, wyraźnie zarysowane wargi. "Pochodzę z Kermanszach" powiedział. "To niedaleko od twego rodzinnego miasta".
Podczas marszu rozległy się modlitwy, które sławiły Boga i zanosiły błagania o pomoc i ochronę. Modliłem się również i ja. Prosiłem wszechmogącego, aby tego pierwszego dnia zachował przy życiu mnie i mojego nowego przyjaciela. "Chroń mnie wielki Boże, chroń nas i błogosław nas..." Modliłem się po cichu i wiedziałem, że Massud czyni to samo. Od czasu do czasu spoglądaliśmy na siebie i uśmiechaliśmy się. Wydał się być z tego powodu szczęśliwy, zaś dla mnie jego obecność była pociechą.
Żołnierze z dalszych szeregów odmawiali głośno swe litanie "O miłosierny Boże, spraw, aby zabił wiele irackich psów, dopomóż mi wyciąć w pień heretyków uśmiercić niewiernych Sunnitów, którzy wyrządzili tyle zła naszemu umiłowanemu Immamowi..."
Całymi tygodniami wbijano nam te słowa a do głowy; z resztą nie mieliśmy najmniejszej wątpliwości, że ci, po tamtej stronie byli złoczyńcami.
Podczas zajęć szkoleniowych opowiadano nam, że Irakijczycy są niewysokimi ohydnymi i cuchnącymi ludźmi o ciemnych twarzach, że rzadko się modlą, a jeśli to czynią, rozmyślnie zapominają o rytualnej mykwie i zwracaniu głowy w kierunku Mekki.
Nie miałem podstaw, aby nie wierzyć w to wszystko, co nam mówiono. Oficerowie i podoficerowie, pazdaran i mułłowie, wszyscy powtarzali to samo. Kiedy zaś skończyły się teoretyczne wykłady, które dziś określam jako pranie mózgów, byliśmy zmuszeni przystąpić do ćwiczeń praktycznych, otrzymaliśmy drewniane pałki i fingowaliśmy walkę. Brali w niej udział i Irakijczycy i Irańczycy, byli ranni i zabici; sanitariusze i jeńcy.
Teraz wydaje się to wszystko tak odległe. Minęło zaledwie kilka godzin od zakończenia owych ćwiczeń, gdy ustawiono nas w dwustu, trzystu osobowe oddziały i pomaszerowaliśmy w kierunku bezkresnej pustyni dysponując zakrawającym na kpiny ekwipunkiem, który nie nadawał się ani do zabijania ani do opatrywania rannych.
"Maszerować równym krokiem... Nikomu nie wolno się zatrzymywać... Czuwamy nad wszystkimi! Ciągle prosto naprzód na Nadzaf i Kerbalę..."
Podczas pierwszej godziny nie wydarzyło się dosłownie nic. Od czasu do czasu padał jakiś rozkaz, który przerywał dławiącą ciszę. Stawało się coraz bardzie gorąco, ale przed pierwszym postojem nie wolno nam było pić.
Nagle powietrze rozdarł potworny huk. W kilka sekund później kolejna eksplozja. Kątem oka spojrzałem w prawo i spostrzegłem unoszącą się chmurę dymu. Usłyszałem, jak coś obok mnie uderzyło w ziemię i zaraz potem rozległy się krzyki przerażenia i głośne rozkazy. Nasz szereg maszerował ciągle naprzód.
"Nie zatrzymujcie się nigdy. Jeśli jeden z was się zatrzyma, rozpadnie się szereg i wtedy cały nasz wysiłek będzie daremny. Nie zważajcie na zabitych i rannych i ciągle utrzymujcie zwarty szyk marszowy" - powiedziano.
Cóż się jednak wydarzyło? Czyżby Irakijczycy odkryli nas i otworzyli ogień? A może pomyłkowo eksplodował jakiś granat? Dopiero później miałem dowiedzieć się całej prawdy, podobnie zresztą jak cały świat. Otóż w zwartych oddziałach posłano nas na otwarte pola, naszpikowanych tysiącami min. Nasz przemarsz przez pole minowe miał oczyścić teren i umożliwić irańskim wojskom wyposażonym we wszelki sprzęt bojowy dokonanie bezpiecznego ataku.
"Boję się", powiedział nagle Massud. Spojrzałem na niego - szedł jak automat, blady, z twarzą pokrytą kropelkami potu. "Nie musisz się niczego bać", powiedziałem cicho. "Jestem obok ciebie nie bój się".
- "Już nie mogę iść dalej... Tak bardzo się boję, nie chcę umierać!".
- "Nie umrzesz, wierz mi jestem przy tobie".
W tym momencie, po mojej lewej stronie, całkiem blisko, nastąpiła kolejna eksplozja. Obok mnie przeleciały strzępy ludzkiego ciała, głowa pokryta siwymi włosami potoczyła się po ziemi, tuż koło moich nóg upadł osobisty materiał opatrunkowy i rozpadł się. Nieznany mi straszy człowiek, który od kilku godzin maszerował w niewielkiej ode mnie odległości i ustawicznie się modlił, rozerwany został na kawałki. Na gorącym piasku pozostała bezkształtna czerwona masa. Podmuch spowodowany eksplozją odrzucił mnie nieco w bok. Upadłem między nogi Massuda.
Przewrócił się także mój przyjaciel oraz dwaj inni żołnierze. Jedna eksplozja następowała po drugiej, raz bliżej raz dalej. Słyszałem okrzyki bólu jęki rzężenia, nie mnie jednak kolumna posuwała się naprzód.
Rozlegał się nowe wybuchy, którym towarzyszyły okrzyki lamenty oraz komendy naszych przełożonych, którzy przezornie pozostawali w tyle: "Naprzód marsz! Nie odwracać się! Nie zatrzymywać się!"
I nagle niezwykle silna detonacja tuż obok mnie. Spojrzałem w bok i zobaczyłem Massuda leżącego na ziemi. Massuda mojego nowego towarzysza, którego prawie nie znałem, a którego nie chciałem opuścić. Delikatnego, bladego Massuda, który nie chciał umierać i za którego się modliłem. Przeniknięty bólem rzuciłem się mimowolnie na ziemię, objąłem ramionami mojego przyjaciela i głośno wykrzyknąłem jego imię. Jego usta były pełne piasku, z nosa i uszu sączyła się krew. Dopiero teraz zobaczyłem, że miał roztrzaskaną pierś, pourywane nogi i zgruchotane ręce.
Solidny kopniak w tyłek doprowadził mnie do przytomności. "Dalej, dalej, ruszaj! Nie odwracaj się, bo będzie źle!"
Następnego dnia... Było nas jeszcze bardzo wielu. Kiedy wyciągnąłem szyję i spojrzałem na zachód, nie chciałem wierzyć własnym oczom: przed nami rozciągała się kolejna bezkresna pustynia. W około wyczerpane dzieci, starzy mężczyźni z kilkudniowym zarostem, głośno zachowujący się prostacy, ranni z obandażowanym głowami lub plastrami na policzkach. Zrobiło mi się niedobrze. Z jednej strony, tuż obok mnie leżał mężczyzna z oderwanym ramieniem, który się już nie poruszał, z drugiej człowiek z rozpołowioną nogą, którą obsiadały całe stada much. Zaraz potem usłyszałem kilka strzałów. Jak okazało się później, w niewielkiej odległości od naszego obozowiska, rozstrzeliwano ciężko rannych, których stan był już beznadziejny. Sam byłem świadkiem (nieco później), jak pewien oficer oddał strzał łask do młodziutkiego żołnierza, którego pierś była jedną wielka otwartą raną. Rodzina tego biedaka miała nowego bohatera...
Stojąc na grzbiecie pagórka odwróciłem się raz jeszcze, kiedy sposobiliśmy się do zejścia na drugą stronę: zobaczyłem buldożer, wykopujący długi rów; sanitariusze układali w nim zwłoki mych poległych kolegów.
Ruszyliśmy i znów musiałem stąpać po znieruchomiałych, zniekształconych ludzkich ciałach, które tratował maszerujący zwarty szereg i wdeptywał w piasek. Co 50, 100 metrów natrafiałem na ciężko rannego lub nieżywego towarzysza drogi.
Niektórzy poruszając się jeszcze szeptali jakieś niezrozumiałe słowa, rzucali na mnie błagalne spojrzenia. Jeden wprawił mnie w przerażenie: leżał bez rąk i bez nóg i uśmiechał się, mając szeroko otwarte oczy.
Po twarzy płynęły mi łzy, które mieszały się z potem krwią i piaskiem, który przylgnął do mojej skóry. Była to moja podróż prze świat grozy.
Nagle przed nami rozległ się niesamowity, nieludzki krzyk, przypominający jakieś życie, który zdawał się nadchodzić od strony pagórków będących celem naszego marszu. Sądziłem, że zwariowałem. Nie doszedłem jeszcze do siebie po tragicznej śmierci mojego towarzysza Massuda, którego dopiero, co poznałem i już straciłem na zawsze. Od tej chwili nie byłem już tym samym człowiekiem, miałem jakieś urojenia, halucynacje, koszmary senne.
Uczepiła się mnie jakaś ręka i szarpnęła moje spodnie. Spojrzałem w dół i zobaczyłem dziecko, mniej więcej moim wieku, które przemówiło błagalnym głosem: "Pomórz mi wstać. W imię Boga pomórz mi podnieść się! Sądzę, że złamałem nogi. Chciałbym też widzieć to, co ty widzisz, pomórz mi!" Podniosłem go. Jego ramiona wydawały się być zwichnięte, miał roztrzaskaną pierś, nogi zwisały bezwładnie.
Nagle poczułem jak z chłopca uchodzi życie. Zmarł w moich ramionach. Tymczasem rozhisteryzowany tłum biegł, w tym kierunku, z którego dochodziły wezwania, przewrócił mnie, wdeptał prawie w ziemię.
Zebrałem się z trudem i powlokłem dalej w kierunku pagórka. Byłem całkowicie roztrzęsiony, wszystko rozpływało się przed moimi oczami, wszędzie słyszałem eksplozje, okrzyki bólu, rzężenia, bez przerwy potykałem się o jakieś trupy. Śpieszyłem więc dalej, aby dogonić kolumnę. Tysiące niemych sfanatyzowanych twarzy spoglądało odrętwiałym wzrokiem na pagórki i oczekiwało cudu. Na niewielkim wzniesieniu, od którego dzieliło nas kilkadziesiąt metrów, pojawił się ON, jakże był piękny ze swoją czarną brodą i mieczem przy boku! Na jego chorągwi widniał werset z Koranu. Wyglądał młodo, był wspaniały! Masa ludzka zamarła w osłupieniu.
"Dumni bojownicy islamu! Biegnijcie dalej w tym kierunku! Przystąpcie do ataku na niewiernych zawładnijcie świętymi miejscami, które nam odebrano. Moje umiłowane dzieci, pomścijcie śmierć naszego świętego imama Husajna, wytnijcie w pień potomków Yazida..."
Chorzy i ranni, starzy i młodzi, wszyscy poderwali się jak jeden mąż. Komu jeszcze starczyło sił parł do przodu, jak gdyby chodziło o palmę pierwszeństwa, potykając się o pustynne kamienie, grzęznąc w piasku, wdychając tumany pyłu. Wielka masa ludzka przystąpiła do szturmu na Nadżif i Karbalę praktycznie bez broni, z pustymi żołądkami, ale za to z gorejącymi sercami.
I teraz rozegrało się to, co było najstraszniejsze, najokropniejsze, budzące największą grozę, to, czego nigdy nie zapomnę: wokoło, przede mną, za mną nastąpiły dziesiątki eksplozji, trysnęły fontanny ognia, rozległy się okrzyki bólu i przestrachu. Im dalej parliśmy do przodu, tym bardziej wzmagał się ogłuszający hałas, tym więcej ciał wylatywało w powietrze. Zaczęło nas opanowywać istne szaleństwo.
Przewracałem się co chwila, ziemia była usiana trupami, bronią i wszelkimi innymi przedmiotami. Mój kark, noga, plecy sprawiały niewyobrażalny ból przy każdym upadku, ale za każdym razem zbierałem się w sobie i biegłem dalej z innymi: urzekły mnie słowa białego imama, czerpałem siłę ze wszystkich zakątków mojego ciała.
Znów biegłem dalej, płacząc ze szczęścia i radości, i być może, z bólu. Nie zauważyłem nawet, że wszystko zgubiłem: mój materiał opatrunkowy, nową manierkę, scyzoryk, werset z Koranu, granat. Ale nic nie mogło mnie powstrzymać, nic...
...do chwili, w której poczułem przejmujący ból w lewej dotychczas zdrowej nodze. Ból, jakby ktoś pchnął mnie sztyletem. Potoczyłem się po ziemi, próbowałem powstać, ale przewróciłem się ponownie i w końcu znalazłem kryjówkę pomiędzy dwoma trupami, obawiając się stratowania przez maszerującą kolumnę. Ale i tak nie udało mi się uniknąć razów, zadawanych butami. Niektórzy żołnierze omijali mnie, inni jedynie deptali, po moim ciele. Trwało to długie minuty zanim oddaliła się ode mnie owa ludzka ciżba. Jednakże już wtedy, cały zakrwawiony, nic nie słyszałem, nic nie widziałem, jedynie odczuwałem nieznośny ból. Wydawało mi się, że umieram.
Nagle poczułem się zmęczony i chciałem spać, tylko spać. Zbudziła mnie lekka bryza. Początkowo nie mogłem otworzyć oczu: rzęsy były zlepione kurzem, wyschniętą krwią i łzami. Z wielki trudem udało mi się podnieść rękę i przetrzeć oczy. A kiedy w końcu rozejrzałem się wokoło nie mogłem powstrzymać się przed wydaniem okrzyku zgrozy na widok, który pamiętam do dziś. Tuż obok mnie leżało coś, co trudno było wręcz opisać, w czym nie było już nic ludzkiego poza wyłupiastymi oczami, które wnikliwie wpatrywały się we mnie. Chciałem się cofnąć, ale w tym momencie oparłem się o coś co leżało za mną. Zamknąłem oczy, by zapomnieć o tym, co zobaczyłem. Ostrożnie otworzyłem je ponownie: odczłowieczona istota mierzyła mnie nadal wzrokiem. Chciałem znów krzyczeć, ale żaden dźwięk nie wyszedł z mojej krtani; próbowałem się odwrócić, ale nie miałem siły; chciałem płakać, ale zabrakło mi łez. Bolały mnie oczy, zdawało mi się, ze moje powieki zaraz pękną.
Nie byłem w stanie odwrócić wzroku od tej istoty, która miała jeszcze na sobie mundur polowy i trzymała granat w tym, co było kiedyś ręką. Cała twarz była jedną wielką oparzeliną; głowa na wpół oskalpowana, tylko z jednej strony wystawała z czaszki kępka włosów. Nie miała ani powiek, ani warg; oczy wyszły prawie z oczodołów zęby były obnażone do korzeni. Pół człowiek pół szkielet zdawał się mnie o coś błagać, zdawał się coś mówić. Tylko w jego gasnącym spojrzeniu migotały jeszcze wątłe iskierki życia. Ale czy rzeczywiście żył jeszcze? Czy w ogóle mnie widział?
Jak długo mam jeszcze tu leżeć pomyślałem. Czy ktoś udzieli mi pomocy, czy też żywcem będę zakopany w masowym grobie, który każdego wieczoru kopali sanitariusze?
Zrobiłem ostatni wysiłek, aby podnieść się z ziemi. Zebrałem wszystkie siły i wreszcie udało mi się oprzeć na prawym ramieniu, które najmniej ucierpiało. Miałem potworne bóle, ale wiedziałem, że muszę koniecznie oddalić się z miejsca.
Nagle usłyszałem, łoskot gąsienic. Zbliżały się czołgi, zbliżała się cała armia czołgów, podobna morzu z żelaza i stali. Stratują na s przecież, rozgniotą na miazgę. Zdobywszy się na największy wysiłek udało mi się wpełznąć na kilkumetrowe wzniesienie, aby mogli mnie zauważyć kierowcy. Stąd, w odległości około 100 metrów, zobaczyłem buldożery: pchały przed sobą trupy, które się spiętrzyły, by z kolei wywinąć koziołki. Wyglądały jak manekiny z pourywanymi kończynami.
Uniosłem się jak mogłem najwyżej, zacząłem machać ręką i chciałem wydać okrzyk, ale na próżno. Próbowałem raz po raz, ale nie byłem w stanie wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku. Nie mogłem nawet płakać. Z największym trudem usiadłem i spoglądałem na czołgi, które toczyły się w moim kierunku. Z najwyższym oddaniem modliłem się. Ogarnęło mnie głębokie zwątpienie, chciałem znów krzyczeć, ale nie mogłem, chciałem płakać, ale brakowało mi łez. Nie byłem w stanie ani uciekać, ani się poruszyć, a co za tym idzie nie pozostawało mi nic innego, niż czekać końca.
Byłem smutny i zrezygnowany. Nie życzyłem sobie takiej śmierci, ale widocznie chciał tego Bóg.
Od tego tragicznego dnia, gdy 1500 dzieci w wieku od 12 do 15 lat straciło życie na polu minowym, aby bezpiecznie mogły przejechać czołgi i samochody ciężarowe, nie płakałem już nigdy.